środa, 16 maja 2012

Mea culpa

Czas na zastanawianie się nigdy nie mija. Czy zatem ktoś mógłby sobie wyobrazić, że za np. 100 tysięcy lat (milion czy dwa miliardy lat) Kościół nadal posługuje sie retoryką o poniesionych za nas ranach? Nie czekajmy aż tak długo na coś, co oczywiste jest już od dawna...

Mea culpa

Myślę, że każdemu zdarza się od czasu do czasu ulec niecnocie pochopności. Mnie przytrafiło się to, gdy postawiłem swego czasu znak równości między zbędnością komuny i Kościoła w eseju korespondującym z tematem „religijnej wyobraźni”, którą można by uznać za naiwność albo tej wyobraźni niedostatek.  Jakkolwiek tolerancyjnym wypadałoby być względem swoich ułomności, nigdy nie powinienem był napisać: „Tak jak nie była nam potrzebna komuna, tylko my komunie, tak niepotrzebny jest nam zakłamany Kościół, tylko nierozgarnięci parafianie Kościołowi”.

Komuna, otóż, nie była nam w ogóle potrzebna, tylko wyzwolenie od okupanta, tak niemieckiego jak i radzieckiego, lecz ten ostatni (po bezprecedensowej napaści i zaanektowaniu ponad połowy kraju) przyznał sobie przywilej „zaopiekowania się” nami w sposób nie tylko nie pozostawiający nam żadnego wyboru, ale jeżący nam włos na głowie, co oznaczało masowość mordów na patriotach i zawłaszczenie wszystkiego, co powinno przysługiwać państwu suwerennemu. Komuniści (owi Rosjanie z bolszewików) winni, w obliczu złamania paktu o nieagresji przez Niemców, zrozumieć bezprawność i zbrodniczość swoich działań wobec Polski, konsekwencją czego powinna być nie tylko rezygnacja z jakichkolwiek roszczeń, ale zakrojone na wielką skalę działania odszkodowawcze i wszelkie inne, wspomagające tak bezprecedensowo obrabowany i mordowany naród. Komuna była wcielonym złem, które rozpanoszyło się u nas pod hipokryzyjnym hasłem zaszczepiania ustroju społecznej sprawiedliwości. W istocie sprowadzało się to do sankcjonowanego urzędowo bezprawia i skutecznego eliminowania prawdy. O nic nie wolno było pytać (nb. katastrofa helikoptera nad Gibraltarem, gdzie zginął generał Sikorski, miała miejsce po intensywnym dopytywaniu się Stalina o losy polskich oficerów zamordowanych w Katyniu i w paru innych miejscach, czego również nie powinienem pisać, bo chciałyby tego wymogi politycznej poprawności), każdy z pytających był zagrożeniem dla bandytów i rzezimieszków, którzy położyli swoje zakrwawione, brudne i nie pachnące łapy na najważniejszych i kluczowych sprawach funkcjonowania naszego państwa.

Dzisiaj każdy już może dowiedzieć się, w jak haniebnie zbrodniczy sposób pozbawiano nas tożsamości, sprowadzając do służalczych pionków cudzej pomyślności. Komuna zatem nie była nam w ogóle potrzebna (w każdym bądź razie o wiele mniej potrzebna, niż tsunami Japonii...), to wyłącznie Polska potrzebna była pazernej bolszewii. Należałoby wykorzystać wszystko mówiący kawał restauracyjny: „Kto zamawiał ruskie? Nikt, same przyszli...”. A tak, leźli tak do nas przez wieki, bo nie ma to jak położyć swoje chwytliwe i niespracowane łapy na gotowe, powybijać opornych, wysiedlić stojących na drodze do łatwego wzbogacenia się, obstawić wszystko swoimi i obwieścić światu swoje szczególne miłosierdzie i posłannictwo. Słowem: okraść sąsiada z wszystkiego, co wypracował przez wieki, posługując się taktyką wypracowaną przez hieny i uczynić zeń strefę stałych i obligatoryjnych dochodów... Propaganda komunistyczna musiała robić z obywatela półgłówka, bo „całygłówek” łatwo zorientowałby się, że ma do czynienia ze zbrodniarzami i złodziejami w jednym. Za propagandą stał Urząd Bezpieczeństwa wszelkiej maści rzezimieszków ze stalinowskiego nadania. Dzięki takiemu urzędowi żadnemu funkcjonariuszowi reżimu nigdy nie spadł z głowy nawet włos. Ginęli tylko Polacy, przepadali bez wieści, a członkowie ich rodzin pozbawiani byli wszystkiego, co jest niezbędne do życia. Przede wszystkim pracy czy możliwości realizacji swoich życiowych planów. Rosjanie (chociaż właściwsze byłoby: kacapy – z uwagi na zakres czynionych nam „świadczeń”) przez setki lat winni rekompensować nam swoje haniebne względem nas „uczynki”, ale nie wiedzą ani co to honor, ani nawet elementarna przyzwoitość. Nieustannie prowadzą politykę rzekomego dobrosąsiedztwa, lecz cóż to takiego, jak nie czyhanie na kolejne okazje do wygrywania czegokolwiek naszym kosztem. Oczywiście nie Rosjanie jako naród (ten był zawsze tak samo bezbronny względem dyrektyw odgórnych jak i my), ale politycy, którzy rzadko potrafią zauważyć, że nic bardziej nie przystaje do ich moralności, jak moralność Kalego... Łatwo i chętnie przedzierzgają się w bydlaków, którym nie przystoi już najzwyklejsza przyzwoitość.
Kiedyś (w latach 1772 – 1795, więc za caratu) dokonano całkowitego demontażu naszego państwa, metodami wysoce perfidnymi doprowadzając do rozbiorów (samooskarżanie się skorumpowaną przez zaborców magnaterią i szlachtą nie zmienia tej prawdy, że żadna okazja, tym bardzie ta aranżowana przez zainteresowanego, nie może być usprawiedliwieniem dla złodzieja!),  podczas których starano się nas wynarodowić, pozbawić tożsamości, złamać ducha i odebrać nadzieję na jakąkolwiek odmianę losu. Gdy determinacją i ofiarami patriotów udało nam się po 123 latach nieistnienia odzyskać niepodległość (a utrzymać dzięki Cudowi nad Wisłą!), to istnieliśmy zaledwie 21 lat, stając się ponownie ofiarami, i to najbardziej poszkodowanymi, II wojny światowej. Tuż przed jej rozpoczęciem Ribbentrop z Mołotowem dogadali się w sprawie ponownego, czwartego już rozbioru Polski, pragnąc zrekompensować sobie utratę dotychczasowego lukratywnego protektoratu nad narodem polskim. Hekatomba II wojny światowej pozbawiła życia aż 6 milionów Polaków, co stanowiło prawie 18 % narodu, najwięcej zatem spośród uwikłanych w zbrodniczą zaborczość państw, które podobnej zaborczości względem siebie zaiste nie byłyby w stanie sobie wyobrazić... Nie dość tego, utraciwszy prawie 70 tys. kilometrów kwadratowych powierzchni kraju na rzecz ZSRR, wpadliśmy w łapy stalinowskich siepaczy i to na całe 45 lat. Że łagodnieli z czasem i stawali się mniej zbrodniczy, „zawdzięczaliśmy” wyłącznie ich wcześniejszej zbrodniczości. Przetrzebiono wpierw naród z „elementu” zagrażającego prawowitej (tu: obcej!) władzy, więc starano się epatować Zachód zaprowadzonym ładem i porządkiem. ZSRR miał na Zachodzie wielu zwolenników, którzy nie mieli zielonego pojęcia o zbrodniczych metodach ustroju „społecznej sprawiedliwości”. Komuna była zatem zbrodniczą okupacją (utrwalajmy tę wiedzę do znudzenia, by stała się wiedzą powszechną! Winniśmy to ofiarom i historycznej prawdzie, którą systematycznie starają się zakłamywać nasi sąsiedzi, szukając usprawiedliwienia dla swoich zbrodni w naszych wcześniejszych niegodziwościach, jak np. w zdobyciu przez nas na początku XVII wieku Kremla...). Tylko i wyłącznie niemieckiej napaści na ZSRR „zawdzięczamy” to ponowne odzyskanie „niepodległości”. ZSRR (przy możliwym wsparciu naszych wojsk), przepędzając agresora, siłą rzeczy wyzwalał i ziemie polskie, których nie zamierzał jednak oddawać we władanie Polakom. Spod zbrodniczo złodziejskich wpływów ZSRR uwolniliśmy się dopiero w 1989 roku, a i to nie do końca, bo wpływy i macki wrogich nam służb specjalnych jeszcze długo będą nas nękać, zwodzić i ograbiać z czego tylko okaże się to jeszcze możliwe. I nie defetyzm dyktuje mi te słowa, lecz łatwo rejestrowalna rzeczywistość.

Zatem: nie tak samo, jak komuna, niepotrzebny jest nam zakłamany Kościół, ale z zakłamania zrezygnować powinien, prawo do niego nie przysługuje  bowiem nikomu ani za dotychczasowe zasługi, ani za dobrą wolę czynienia świata coraz lepszym. Kościół miał nie zawsze, ale najczęściej, bardzo dobre intencje, wyciągał pomocną dłoń do potrzebujących, prześladowanych i bezbronnych, co przez tysiąclecia złożyło się na całkiem pokaźną listę zasług. Na sumieniu ma jednak również swoją listę prześladowanych, pochopnie i niesprawiedliwie wyklętych i wymordowanych przy okazji krzyżowych wypraw, nieprzejednanych działań tzw. Świętej Inkwizycji i innych przedsięwzięć, z którymi żaden Bóg z pewnością nie chciałby mieć nic do czynienia.
Z chwalebnych działań Kościoła wolelibyśmy nie rezygnować, niechby trwał nadal, skoro wielu ułatwia pokonywanie podróży życia. Jeśli jednak ułatwia to podróżowanie prawdami wątpliwymi powtarzanymi od tak dawna, że zaczynają funkcjonować na statusie aksjomatów, to pora zaapelować o opamiętanie. Rzeczywistość podpowiada nam zgoła co innego od tego, co uparcie i nieuprawnienie stara się nam wmawiać Kościół i jego uzurpatorska religia. Nie zwykliśmy zastanawiać się nad tym, co mają uwiarygodniać potężne budowle sakralne, pompatyczne i wyniosłe obrzędy (przeciętny katolik bezrefleksyjnie poddaje się automatyzmowi uczestnictwa), dziesiątki świąt, panteony świętych, męczenników etc. etc. To wszystko jest samo w sobie tak enigmatyczne, tak nie znoszące sprzeciwu, tak nietykalne i nakazujące gotowość pokory, że staje się irracjonalnie pociągające. Kto by się przy tej irracjonalnej sile przyciągania zastanawiał nad faktyczną celowością istnienia Kościoła. A przecież od tysiącleci podpiera się on tą niepodważalną nieprawdą, że „nic tak człowieka nie zgubiło jak to, że się urodził!”. Przypatrzmy się uważnie tej bezprecedensowej bzdurze: urodził się i to go zgubiło!
Ta brednia implikuje pewnik, równie absurdalny i nieprawdziwy, o niewątpliwym szczęściu w ogóle nienarodzonych. Skądinąd wiemy, że jest dokładnie odwrotnie. Nie urodziwszy się, nie moglibyśmy doświadczać żadnych uroków zaistnienia w wielce intrygującym świecie materialnym, nie pozbawionym również zagadek metafizycznych, wśród których od zaraz, od natychmiast nękać zaczyna zagadka naszego zaistnienia i naszej pozadoczesności. Samo urodzenie przede wszystkim nobilituje, wyróżnia, stwarza nieograniczone szanse na niewyobrażalne, daje nadzieję na pomyślność a nie skazuje, upadla, wystawia na pośmiewisko, jak odarcie z odzieży w tłumie ubranych ... wierzących. To podkreślenie jest jak najbardziej na miejscu, bo religia chrześcijańska już samą nagość postrzega w kategorii grzechu prawie ciężkiego, a co dopiero cielesny akt dwojga kochających się ludzi, nie służący prokreacji. Aborcji, naturalnie, powinno być jak najmniej, ale czy Kościół obrzydzaniem kultu ciała (kultu jakże zrozumiałego dla bezprecedensowego boskiego majstersztyku!) dopomógł seksualnej kulturze, która aborcję winna wyeliminować? Głoszenie niepokalaności poczęcia Jezusa jest uderzającym przykładem degradacji naturalnych narodzin do upokarzającej nieczystości, ale de facto bzdurą pokazującą jakoby jakiś inny sposób zapoczątkowania życia poza metodą in vitro. Tymczasem nikt nie może omijać żelaznych zasad logiki, nawet Siła Nadprzyrodzona, co obrazuje nam  odpowiedź na znane nam wszystkim pytanie: czy Bóg może stworzyć tak wielki kamień, którego sam nie byłby w stanie udźwignąć? Wszechmocny byłby zaiste w stanie stworzyć kamień każdej wielkości, ale jako wszechmocny byłby również w stanie udźwignąć każdy ciężar. Z tego wynika, że czegoś jednak nie udałoby mu się osiągnąć...

O co więc chodzi z tym całym Kościołem sprawującym władzę w imię Boga, skoro Ten przed stworzeniem nas powinien powstrzymać się do momentu zwiększenia swoich w tej mierze kwalifikacji? No chyba właśnie o to, że rodząc się niedoskonałymi, staliśmy się koniecznością (pomyślałby kto, że niechcianą...) jego zaistnienia. Jeżeli pod groźbą wypędzenia z raju, niezmazywalnego grzechu ciężkiego, potępienia i rychłej śmierci po znikomym względem wieczności życiu, człowiek (Adam, Ewa) nie oparł się pokusie, to nie można pominąć faktu, iż pokusa okazała się o wiele silniejsza od wszelkich psychologicznych mechanizmów zabezpieczających, w które powinien wyposażyć go Stworzyciel. O tym się jednak w ogóle nie mówi. Ważniejsze wydaje się być to, że Kościołowi trafiła się gratka wzięcia człowieka pod swoją obronę. Najpierw jednak musiał uzmysłowić mu ogrom jego przewinienia, dyskretnie unikając postawienia Boga (więc konstruktora dysponującego wszechmocą, który perfidnie albo bezwiednie musiał coś istotnego przegapić) w kręgu podejrzanych. Człowiek miał ugiąć się pod ciężarem swojej winy, miał poczuć się nienaprawialnym grzesznikiem, by Kościół w całym blasku zaczął występować w roli instancji pośredniczącej w przetargu z Bogiem o odzyskanie utraconych łask.
Jak zrealizowano spotęgowanie wiary w Boga niemiłosiernego (skoro potencjał zła coraz to bierze w człowieku górę nad potencjałem dobra), wiemy aż nazbyt dobrze. Bóg – według wiarygodnego aż do przerażenia Kościoła – postanowił wysłać na ziemię swego syna, który po możliwie najgodziwszym życiu został ukrzyżowany za nasze grzechy (tak jakby mogła skutkować moralną odnową winnego odsiadka więzienia przez wolontariusza), złożony w grobie, z którego jednak powstał i wrócił do żywych, egzemplifikując boską wszechmoc cudownym zmartwychwstaniem.
Chociaż te wydarzenia miały miejsce i są historycznie udokumentowane, a przynajmniej stały się niekwestionowaną legendą, do której nie wnosi się już poprawek (wypadałoby odnotować zadziwiający „refleks” Ojców Kościoła opóźniony o kilkadziesiąt lat w stosunku do wydarzeń rozstrzygających o obliczu chrześcijaństwa), to nie od rzeczy będzie uświadomić sobie, jak wielu ludzi daje się jeszcze współcześnie nabierać na pseudowyczyny fizycznie bardzo sprawnych wrestlingowców... Tym niemniej w świadomości człowieka poczciwego miało ukonstytuować się przekonanie o bezprecedensowym boskim miłosierdziu, skoro poświęcił własnego – uczłowieczonego syna, co w konsekwencji miało dawać gwarancję zmartwychwstania pokornej ludzkości, która kiedykolwiek pojawi się na ziemi. Położenie akcentu na owym bezprzykładnym miłosierdziu i wynikającym z niego zysku wyzwolenia się z dotychczasowego potępienia, miało usunąć w cień wszelkie podejrzenia o mistyfikację, która dla człowieka mniej poczciwego, czyli sprawnie posługującego się rozumem, wydawać musiała się bardziej prawdopodobna.

Analizując wydarzenie historyczne zwiastowane przez wieki i poprzedzane pojawianiem się wieszczących Jezusa mesjaszy, popadamy zaiste w osłupienie, w które popadać musieli niegdysiejsi niepoczciwcy, konstatując uczestnictwo w nim Wszechmogącego. Im jednakże w trosce o swoje życie wypadało milczeć i nie zdradzać się z nasuwającymi się pytaniami. My natomiast winniśmy je dzisiaj zadawać w interesie Kościoła, który najwięcej traci zbywając je milczeniem i pogardą dla dociekliwych. Jeżeli zatem wszystkomogący Bóg skonstruował człowieka mogącego być mu nieposłusznym mocą uposażenia psycho-fizycznego, to dlaczego przyszło mu do głowy karać go za to, czemu sam nie zapobiegł? Mimo że sam powinien wypędzić się z raju, stwarzając człowieka zdolnego do największych zbrodni i niegodziwości, Bóg dał mu jeszcze wolną wolę, prowokując piekło na ziemi, któregośmy w konsekwencji doczekali. Jak można, wiedząc że tylko niektórzy potrafią prowadzić samochód, dać prawo jazdy wszystkim? Albo dać wszystkim broń do ręki, wiedząc że tylko niewielu daje gwarancję, że jej nie nadużyje? A Bóg uczynił rzekomo coś o wiele bardziej tragicznego, bo wolną wolą obdarzył  nawet największych troglodytów. W miejsce potępienia tej z gruntu niewiarygodnej postawy Wszechmogącego, która jest zbrodniczą nieroztropnością (antycypowała znacznie mniej wpływowe, Owsiakowe „róbta co chceta!”), epatuje się jego nadprzyrodzoną mądrością. Nikt nie mógł tak dobrze wiedzieć o niedoskonałości ludzkiej natury, jak Stworzyciel,  to po pierwsze, a po drugie: nie ma czegoś takiego jak częściowa wszechmoc, więc naprawienie błędu byłoby drobnostką. Jeżeli Bóg niczego nie skorygował, to albo nie jest wszechmocny, albo nie jest dobry. Będąc wyłącznie dobrym, nie byłby w stanie wysłać swego syna na ziemię, na której dokonywał cudów i epatował dobrocią idącą w parze z podejrzeniem o brak samozachowawczego instynktu. Nie byłby w stanie wyreżyserować spektakularnej drogi krzyżowej, ukrzyżowania i zmartwychwstania. Gdyby jednak był wszechmocnym, to nigdy nie przyszłoby mu do głowy karanie samego siebie za dopuszczenie do upośledzenia człowieka, bo byłaby to niegodna go mistyfikacja przypominająca Muenchhausenowskie próby wyciągnięcia siebie samego z bagna chwyceniem się za włosy. Samobiczowanie siebie, bo Syn i Duch Święty są z nim przecież jednością, dla zjednania sobie człowieka niezawinienie niedoskonałego można by przyrównać do matczynych zabiegów dawania sobie klapsa na oczach wcześniej skrzywdzonego przez nią dziecka.
            Jakkolwiek by ów przypadek nie rozpatrywać, człowiekowi roztropnemu nasuwa się podejrzenie, że Uosobienie Doskonałości na pewno nie mogłoby mieć z nim nic do czynienia. To wszystko wydaje się tak prymitywnie wymyślone, że woła o pomstę... do nieba. Bóg – gdyby istniał lub: był dostatecznie czujny – już dawno uczyniłby cokolwiek dla uwolnienia się z podejrzeń o niegodne go szachrajstwa. Tymczasem ów pokraczny i infantylny wymysł ma od dwóch tysiącleci poświadczać geniusz boskiej wszechmocy i bezprecedensowego miłosierdzia. Oczywistość ograniczoności wyobraźni scenarzystów tej zwodniczej wizji jest tutaj widoczna jak na dłoni.
Jednakże nawet każdy inny wymysł przypisujący Bogu owo spóźnione miłosierdzie, o którym on ani nic nie wie, ani o nie zabiega, musiałby zakończyć się podobnym fiaskiem, skoro odwołuje się do obiecanek prolongowanych do odległej przyszłości. Przy kompletnej bezsile Boga i Kościoła wobec nieustannych triumfów barbarzyństwa, temu ostatniemu nie pozostaje nic innego jak konfabulować w sprawie łaski, której wcześniej czy później doczekamy. W międzyczasie trwać będzie, i to przez następne tysiąclecia, zapewne aż do wygaśnięcia Słońca (jego ożywczej dla życia na ziemi mocy), bulwersujące człowieka, któremu wmawia się boską Opatrzność, barbarzyństwo i wszelkiego autoramentu niesprawiedliwość. Trwanie przy absurdalnej opcji czynienia z Boga wszechmogącego dobroczyńcy, którego wobec tego musi bawić bezsiła bezbronnych, dyskwalifikuje Kościół w oczach człowieka myślącego i w wymiarze elementarnej moralności. Nikomu od dawna i do niczego nie jest potrzebny w ten sposób zakłamany Kościół. Nie nabył on przez swoje chwalebne działania, nawet te charytatywne, dozgonnego prawa głoszenia absurdów, które urągają boskiej i ludzkiej inteligencji.

Nie mogę napisać, że nadeszła pora, by wyrosnąć z Kościoła tak, jak wyrasta się z matki rodzicielki, bo są to słowa Fryderyka Nietzschego, który postulował to już w drugiej połowie XIX wieku. Oddawał więc Kościołowi cześć i szacunek za wszelkie dobro, bez którego świat byłby o wiele uboższy, uznał jednakże jego dalsze wpływy za bardziej szkodliwe niż potrzebne, zwłaszcza wobec przekonania, że religia chrześcijańska jest największym nieporozumieniem w historii ludzkości. Nasze dzisiejsze niezdecydowanie w opowiadaniu się za zdrowym rozsądkiem należałoby więc uznać za szkodliwe kunktatorstwo umożliwiające ewidentne wstecznictwo, które będzie nadal hamowało intelektualny rozwój ludzkości. Nikt nie mógłby być nim bardziej zainteresowany jak właśnie Bóg Stworzyciel, darujący nam wiele potrafiący rozum. Dlaczego Kościół stara się kwestionować oczywistości i wmawia sobie pełnomocnictwa, których nie posiada? Odpowiedź jest, niestety, wielce przygnębiająca. Kościołowi nie opłaca się weryfikować swoich dotychczasowych, uzurpawczych uprawnień. Zbyt wiele utraciłby z tego, co przez tysiąclecia zyskał, bynajmniej nie w sferze istotnego uduchowienia człowieka, lecz w dobrach materialnych. Nie sposób nie zgodzić się z opiniami wielu autorytetów, które niejednokrotnie sugerowały, iż głód na naszym globie można by zlikwidować po wyprzedaży jednej trzeciej majątku Kościoła. Zrzeszając na świecie miliony posiadaczy, którzy nie urabiali sobie rąk, tylko głosili pokupną nieprawdę, Kościół nie jest jednak zainteresowany radykalną pomocą głodującym, raczej wzmacnianiem efektu odboskich pełnomocnictw, nie wzbrania się wszak przed mistyfikacją kolejnych cudów, by te mogły stawać się celem pielgrzymek, czego kolejnym przykładem jest rzekomy cud w Sokółce, gdzie ewidentne szachrajstwo oprawiono dla niepoznaki w monstrancję. Coraz dobitniej należałoby więc dopowiadać, że taki Kościół naprawdę nie jest nam już potrzebny, abstrahując od tego, czy taki Kościół był potrzebny komukolwiek... Uznając zasadność stawianych mu zarzutów i wycofując się z niczym nieuprawnionej apodyktyczności zyskałby więcej niż przekonaniem o nietykalności karawany, której – jak dotąd – nie zaszkodziło najbardziej nawet dokuczliwe szczekanie. Czyż nie jest skandalem, że instytucja uzurpująca sobie prawo pośredniczenia między Bogiem a człowiekiem tak naprawdę wie o tym (rzekomym tylko!) Bogu mniej od przeciętnego człowieka, który uległ zastanowieniu? Kościół się nie zagalopował, nie zacelebrował ani jakoś szczególnie nie zakłamał, bo nigdy wiele więcej nie było jego istotą. Przeciętny katolik nie byłby w stanie zgrabnie wytłumaczyć komukolwiek, co kryje się pod hasłem „ewangelizacja”, i nie będzie miał nigdy pojęcia, że Kościół o potrzebie ekumenizmu dowiadywał się od swego obrazoburcy – Fryderyka Nietzschego. Czy zatem bez utraty (nieprzysługującego mu – przyznajmy) autorytetu uda mu się znaleźć jakieś satysfakcjonujące wyjście. Będzie próbował trwać w niezmienionej postaci, bo inaczej odetnie sobie źródło dostatniej egzystencji. Wszystko wszak może toczyć się jedynie za sprawą hojności parafian, którym nie przyszło jeszcze do głowy, że mogą być zwodzeni.

            Ale tym niemniej: nawet taki Kościół był nam na pewno o wiele bardziej potrzebny od komuny, która potrzebna nie była nam w ogóle. Komunę reprezentowali obcy, których siłą rzeczy musieli wesprzeć Polacy podatni na każdą współpracę, ale i ci z konieczności taktycznie pokorni (innego wyjścia nie było, by móc jakkolwiek oddawać się służbie ojczyźnie). Kościół zaś ludzie najczęściej nieświadomie zindoktrynowani i wyświęceni do głoszenia prawd, które nigdy nie wydawały im się podejrzane. Czy powinniśmy milczeć, widząc ich niekłamane zaangażowanie? Nie, nie milczmy już dłużej, uświadommy im, że ludzkości wystarczy prawdziwa pokora przed niewątpliwą tajemnicą, którą okrywają minione wieki. Przed czymś, co nas przerasta a CO-KTO sprawiło fenomen zaistnienia człowieka w kosmosie. Nikt nie rozstrzygnął jeszcze dylematu pierwszeństwa jajka i kury. Niewykluczone, że COŚ-KTOŚ musiało być tym PIERWSZYM PORUSZYCIELEM. Trzymajmy się tej pociągającej niewiadomej w przekonaniu, że pewne zagadki będą dla nas z czyjejś prewencyjnej premedytacji nierozwiązywalne i że ta premedytacja może być niewyobrażalną łaską, a nie niegodziwością. Kompletna i detaliczna wiedza wszelkich zaszłości oraz niepodważalność rozstrzygnięć teleologii mogłyby okazać się dla nas zabójcze. Mogłyby uniemożliwić radosne i twórcze egzystowanie. Nie ubierajmy niewiadomych w pokupnie wyglądające zakłamanie. NIKT NIC NIE WIE NA PEWNO W SPRAWACH ESCHATOLOGICZNYCH! Zwłaszcza nieprzypadkowo przebiegli w interesownym profetyźmie Ojcowie Kościoła. A przejrzeć na oczy, czyli uwolnić się z pęt Platońskiej jaskini może każdy zdopingowany do samodzielnego myślenia. Kościół niezakłamany ma szansę zyskać prawdziwy szacunek, zwłaszcza gdy uczciwie przyzna, że też nie ma zielonego pojęcia, co było pierwsze: jajko czy kura?

Czy Kościół kiedykolwiek ulegał zawstydzeniu, przyznawał się do nadużyć, zbrodni (zbrodniarzami bywali nawet papieże!)? Nie, to tylko szatan podstępnie zakradał się w jego szeregi, pragnąc go skompromitować. Skąd zatem te moje herezje deprecjonujące instancję mającą za zadanie sprzedawanie nam możliwie najkorzystniejszego pakietu zwiastującego zbawienie? Ano z prostego pytania, którego dziwnym zbiegiem okoliczności nie starano się zadawać: czy można sobie wyobrazić Wszechmocne Uosobienie Doskonałości uczestniczące bez żenady w tym całym przedstawieniu otumaniania człowieka istnieniem Boga Przedziwnego oddalonego o lata świetlne od... prawdziwego miłosierdzia? Ja nie umiem sobie tego wyobrazić i bardzo byłbym rozczarowany, gdyby za tak podejrzaną wstrzemięźliwością dobra stał rzeczywiście jakiś Bóg. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, że Bóg Prawdziwy rozwiązałby wszystko o wiele akuratniej, gdzie zatem się podziewa i dlaczego nie stara się czym prędzej naprawić swego nadwyrężonego Kościelną nadgorliwością wizerunku? Wszystko wskazuje na to, że nigdy nie zamierzał ingerować w coś, czemu być może dał początek, czemu nadał impet i co wyposażył we wszystko niezbędne do funkcjonowania na tej ze wszech miar ciekawej planecie.
Czy Kościół należy potępić? Pamiętając, że jest niewzruszoną karawaną – nie ma sensu, ale nie radzącemu sobie z interpretacją świata człowiekowi należy uświadomić raz na zawsze, że nie narodził się na swoją zgubę i nic a nic nie waży na jego życiu to, czego – być może – dopuścił się w metaforycznym raju Adam za poduszczeniem Ewy i węża – zaiste sprytnie wymyślonego szatana. Jeśliby poczuł się niezbyt komfortowo w religii chrześcijańskiej, niech zapozna się z następną i następną, aż do skutku, którym winno być radosne olśnienie z powodu intrygującej mądrością (nie obiecankami trącącymi nierealizowalną życzeniowością) argumentacji. Niech jednocześnie nie zapomina, że każda religia jest tylko mniej lub bardziej udaną interpretacją wyobrażenia sobie relacji między człowiekiem a czymś-kimś, co go przerasta. Tylko interpretacją, w której zbyt często do głosu dochodzi paskudna przebiegłość interpretatora, wietrzącego szansę wypromowania siebie na podziwianego Guru. Nie tylko Kościół Katolicki doczekał się swoich Guru (Nietzsche nazywał ich zaciemniaczami), którym chodzi zawsze o to samo... Najczęściej o przekuwanie niewiedzy w nietykalne dogmaty. Religii i ich odłamów jest zatrzęsienie, a większość z nich odnosi wielowiekowe sukcesy w sprawowaniu rządu dusz, bo człowiek jest z natury ufny i bardzo podatny na dobrze zakamuflowaną manipulację.

            Kościołowi będzie bardzo trudno zrezygnować z czegokolwiek, jednak nie modernizując się i  nie przyjmując nowej formuły funcjonowania doczeka samoistnej dewaluacji głoszonych nieprawd, co zaskutkuje nihilizmem przepowiadanym przez Nietzschego. Przeczuwając jego nieuniknioność, Kościół winien starannie przygotować się do niezbędnych zmian, by nie skończyło się wyłącznie na nihiliźmie biernym, czyli na totalnej dekadencji i upadku wiary jego dotychczasowych wyznawców w cokolwiek. Stosowna mobilizacja stworzyłaby szanse wkroczenia w zbawczy nihilizm czynny, prowadzący do przewartościowania wartości dotychczasowych, co w konsekwencji pozwoliłoby wspiąć się na poziom inaczej nieosiągalny, jak w słynnej skądinąd, psychiatrycznej teorii dezintegracji pozytywnej... Czy Kościół zrozumie kiedykolwiek konieczność zmian? Instytucji tak z gruntu konserwatywnej przyjdzie to bardzo ciężko, ale wiedząc z głoszenia ilu absurdów wycofywał się przez minione wieki, można mieć nadzieję, że nie będzie miał innego wyjścia.
My (parafianie niepotulni, ale i potulni również) winniśmy w każdym bądź razie dotychczasowej formie podtrzymywania w nas w nadziei już podziękować. Ogromna rzesza księży chciała i nadal chce dla nas jak najlepiej – to nie ulega wątpliwości, ale artykułują oni tylko dźwięki nieodstępowalnie perforowanej taśmy swej grającej szafy, którą jest ów zakłamany Kościół. Tymczasem aktualna jest nadal i jedynie pierwotna NIEWIADOMA!! Ta niewiadoma jest jedynym pewnikiem, który nigdy nas nie opuścił, ale został odstawiony do kąta. My znowu przede wszystkim nic nie wiemy odnośnie naszej przyszłości, ale i preegzystencji. Nie wiemy decyzją WIELKIEJ TAJEMNICY, która uznała pewną wiedzę za niepotrzebną w podróży przez życie. I jest wielce prawdopodobne, że nasza domyślność ma bardzo małe szanse zbliżyć się prawdopodobieństwem do PRAWDY JEDYNEJ. Wielka tajemnica jest jednak o wiele lepsza od dowolnych wymysłów. Od wymysłów, które są o wiele gorsze od pokornego milczenia w sprawach, które nie pozwalają się obnażyć z wielkiej życiowej praktyczności.

Po co komu wiedzieć, kiedy umrze? Po co komu wiedzieć, że świat summa summarum jest niewypałem i nieporozumieniem, bo tak też przecież może być w stosunku do założeń niewykluczonego Stworzyciela? Nie lepiej dostrzegać jego wyjątkowość, wierzyć w jego doczesną niepowtarzalność i nie uruchamiać w sobie chytrości na coś więcej? Ojcowie Kościoła nie mieliby co robić pozostawiając człowieka z jego zdrowym rozsądkiem. Od tysiącleci wmawiają mu konieczność przedkładania transcendencji nad rzeczywistość. Stoją niewzruszenie na stanowisku, że nie ma sensu zaglądać do szuflady dla sprawdzenia, czy obiecane złoto w ogóle się w niej znajduje. Nie lepiej – zapytuje Kościół – żyć ze świadomością, że jest tam na pewno, mimo wszelkich znaków na ziemi i niebie, że go tam najpewniej nie ma? Podtrzymywanie tej iluzji pozwala lepiej żyć nie tylko Kościołowi, ale i wielu naiwnym, którzy w przeciwnym razie popadliby – jak sądzi Kościół – w wątpiącą codzienność, odartą z radości i nadziei. Gdyby ich nagle raz zaszczepionej iluzji pozbawić, to zaiste tak, ale gdyby ich w ogóle żadną iluzją nigdy nie kusić, oddawaliby się życiu z naturalnym zainteresowaniem i godną pochwały gorliwością. Rzeczy wątpliwe nie zaprzątałyby im głowy. Nie popadaliby w zadumę oczekiwań na coś więcej, braliby życie takim, jakie ono jest, co nie oznaczałoby braku świadomości niewątpliwej tajemniczości miejsca (czasu i okoliczności), na którym mieli szczęście się znaleźć. Mieliby jednocześnie świadomość, że KTOŚ-COŚ, kto-co ich przerasta, na pewno nie przegapił niczego, bo nie przychodziłoby im do głowy, że poczuciu sprawiedliwości Najwyższego można by cokolwiek zarzucić...

            Nie wiem, czy chociaż po części udało mi się tutaj wybrnąć z owego niczym nieuprawnionego uproszczenia, jakoby zakłamany Kościół był nam tak samo niepotrzebny jak zbrodnicza komuna. Ta nas nigdy do niczego nie przekonała i za nic nie jesteśmy jej wdzięczni, tak jak nie dziękuje się bandycie, że nas ostatecznie jednak nie zamordował (w skali narodu na szczęście daleko nie wszystkich...). Jednak w zastanawiającym kontekście poświęcania się dla wiary, a nawet męczeństwa za nią, stale winniśmy zadawać sobie pytanie w co tak naprawdę wierzymy, by te postawy nie okazywały się czymś o wiele bardziej żenującym od poczciwej nieroztropności. Bo na przykład: czy to rzeczywiście godne naśladownictwa bohaterstwo dać się zastrzelić za niczym niepoparte przekonanie (wynikające wyłącznie ze zrozumiałej życzeniowości), że za horyzontem znajduje się wesołe miasteczko, a nie przepaść albo nicość?
            Komu więc tak naprawdę potrzebne są żałosne przynęty do zbawienia (które najwięcej do czynienia mają z hochsztaplerką), skoro nigdy nie tkwiliśmy w egzystencjalno-eschatologicznej matni (w tej pierwszej wyłącznie przez sąsiedzką krwiożerczość), i czy szatana nie należałoby uznać za protoplastę Baby Jagi używanej do postraszenia niegrzecznych dzieci? Spróbujmy poradzić sobie z nim sami, zwłaszcza że nieraz dla niepoznaki nie tylko przesiaduje na mszy świętej, ale i ją odprawia. Nie czyniłby tego, gdyby Bóg był wszechmocny. On wie o tym już od dawna, a niepoprawnie ufni w Boską Opatrzność, nie dostrzegający nieuczciwości w dogmatach z życzeniowości, za to dopatrujący się bezwzględnie złej woli w ateistach, agnostykach i nawet w umiarkowanych sceptykach, wolą wierzyć w niewiarygodne, wątpliwe i absurdalne. Czy jednak taka wiara – zapytajmy na koniec – czyli wiara w Boga zauważalnie kiepsko wymyślonego, czyli wiara dla wiary, rzeczywiście nobilituje człowieka?
 Berlin, luty 2012

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz